FANDOM


Woodie uśmiechnął się krzywo,  patrząc na uwięzionego przyjaciela. Od dramatycznej walki z chmarą koszmarów minęło blisko pięć tygodni. Wiele się zmieniło przez ten czas. Jaskinię, w której siedzieli wypełniało światło dziesiątek płonących kolumn i kwiaty w tykwowych wazonach, które z uporem maniaka znosiła Wendy. W pobliżu tronu zbudowali palenisko, ułożyli kilka śpiworów i ustawili parę stołków z pniaków. Mieszkali tu… Poniekąd. Wilson jakimś sposobem zdołał powołać do istnienia wrota na powierzchnię, gdzie mieli swój właściwy obóz, ale w „grocie tronowej”, jak nazywali to miejsce, zawsze przebywały co najmniej trzy osoby… Nie licząc Wilsona oczywiście.

Wilson… Drwal nie miał pojęcia, czym dokładnie jest więżący naukowca „tron” , jednak nie uległo wątpliwości, że usiłuje podporządkować go sobie, jak wcześniej zrobił to z Maxwellem. Nie, podporządkować to zbyt mało powiedziane. Złamać, zatruć,  zniszczyć w nim wszystko, co dobre, napełnić umysł chorymi pragnieniami i szaleństwem. Jednak, ku zaskoczeniu ich wszystkich, Wilson zażarcie opierał się. Mimo katuszy, stawiał opór zgubnemu oddziaływaniu potwornego mebla. Jednak prędzej czy później musiał opuścić gardę, złamać się. To ,kiedy tron czy raczej Oni, kimkolwiek nie byli, zawładną nim,  było tylko kwestią czasu.

Tak, naukowiec miał się stać kolejnym demonicznym królem i nie mogli temu zapobiec. Jedyne, co mogli zrobić, to być z nim, dodając mu odwagi i otuchy, a tym samym opóźniając przemianę. Dlatego dwadzieścia cztery godziny na dobę ktoś mu towarzyszył. Wyznaczyli między sobą trzyosobowe, ośmiogodzinne dyżury. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby naprawdę mieszkali w grocie, jednak towarzystwo koszmarnego tronu źle oddziaływało na psychikę.

Dziś towarzyszyli Wilsonowi on, Willow i Wes… Niezbyt szczęśliwa kombinacja, przynajmniej w jego opinii.  Nie, żeby miał coś przeciwko nim, uwielbiał obydwoje. Szkopuł w tym… No cóż, Willow, chociaż zawsze zachowywała się w stosunku do Wilsona poprawnie, ewidentnie miała do niego jakiś uraz. Chyba chodziło o coś z ich lat dziecięcych, bo od  samego początku unikali siebie nawzajem. No, może nie do końca unikali… Willow zwyczajnie nie zwracała na niego uwagi, chyba, że chciała czegoś od niego lub ten od niej. Sam Wilson znów trzymał się na dystans i czasem, kiedy myślał, że nikt nie patrzy, posyłał jej spojrzenie zbitego psa. No, nie do końca zbitego. Raczej takiego, który zjadł kanapę, zasikał dywan i przeżuł wszystkie buty, a teraz ma rozpaczliwa nadzieję, że pan nie wyrzuci go na ulicę. O co chodziło, nie miał pojęcia, a sytuacja niestety nie sprzyjała wyjaśnianiu takich spraw. Wes znów… No cóż, był niemową. Dla Wilsona ważnym było, żeby przebywające z nim osoby dawały mu odczuć, że są obok, a milczenie mima nieco w tym przeszkadzało. Z drugiej strony naukowiec znał Wesa najdłużej z nich wszystkich, więc może odbierał jego towarzystwo nieco inaczej. Trudno określić.

Siedzieli w trójkę na stołkach naprzeciw tronu. Opowiadali Wilsonowi o wczorajszych zdarzeniach, pytali o rozmaite rzeczy, czasem milczeli. W międzyczasie Wes, który najmniej się „odzywał” piekł króliki nad ogniskiem. Króliki były przede wszystkim dla nich, ale Wilsona też częstowali, chociaż ten nie musiał jeść, pić ani wypróżniać się. Jednak każdy lubi sobie podjeść, a smaczny posiłek dodaje otuchy i poprawia nastrój.

Zapach doprawionych ziołami królików wypełniał grotę, ogień wesoło strzelał, a Wilson sprawiał wrażenie dość spokojnego. Miał jeden ze swoich lepszych dni. Czasem, a były to chwile naprawdę przerażające, rzucał się i krzyczał jak opętany. Ale nie dziś. Na szczęście. Woodie nigdy nie wiedział, co w takich momentach należy robić…

Nagle Wilson wyprostował się rozwierając szeroko oczy, a jego twarz wykrzywiła wściekłość. Nie był to jednak kolejny z ataków. Nie, to wyglądało inaczej.

- Maxwell… On żyje! – Głos naukowca przypominał warkot. – Ten padalec żyje! Po tym wszystkim co nam zrobił. Zabiję, zabiję jak psa!

- Przecież mówiłeś, że rozsypał się w proch na twoich oczach – Woodie spojrzał na niego z niepokojem.

- Bo się rozsypał, ale teraz widzę go! Jest na jednej z wysp. Chroni się przed deszczem w norze między korzeniami drzewa. Ten przeklęty, czarci syn…

Zaraz po uwięzieniu na tronie Wilson zyskał wiele nowych umiejętności, ale nie wszystkie, jeżeli porównywać je ze zdolnościami Maxwella. Jednak  co jakiś czas nabywał nową, a wraz z tym tracił nieco siebie. Stawał się coraz bardziej odległy, agresywny. Skrzywiony. „Dary” niosły ze sobą Ich truciznę i z każdym kolejnym zbliżał się to stania się tym, czym był Maxwell. Do tej pory nie miał żadnych wizji…

Woodie jeszcze nie widział Wilsona tak wściekłego, kipiącego nienawiścią. Mężczyzna przeklinał Maxwella i obiecywał, że go zabije. Co najgorsze, niewykluczone, że naprawdę mógł to zrobić. Wystarczyło, aby ogarnięty nagłym szałem dopuścić Ich do siebie i napuścił na ex-króla psy gończe lub zrobił coś gorszego.

Wes podbiegł do kipiącego gniewem naukowca i zaczął szarpać go za ramię. Woodie krzyczał. Prosił, żeby się opamiętał, przemawiał do rozsądku. Nic nie pomagało. Wilson utknął w wnętrzu swej własnej głowy i to w wyjątkowo nieprzyjemnym rejonie.

 Nieoczekiwanie Willow odepchnęła ich na bok i z całej siły przyłożyła naukowcowi w twarz. Plaśnięcie odbiło się echem w grocie tronowej, a na policzku Wilson wykwitł czerwony ślad.

- Willow? – zapytał zdezorientowany naukowiec.

- No dobrze, czyli mamy z tobą kontakt – mruknęła kobieta, kładąc dłonie na biodrach i patrząc na niego srogim wzrokiem. –  To świetnie. A teraz powiedz nam o co chodzi z tym Maxwellem… Acha i nie waż się go zabić.

- No, widzę go…

- Ale jak? Co robi? Czy ma nadal swoje moce?

- N-nie. Chyba nie. Nie sprawia wrażenia niebezpiecznego.

Woodie rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie. Więc tak to wyglądało. Kiedy nowy król zastępował starego, tamten na powrót trafiał do dziczy. Tylko jak długo miało to trwać? Aż wszyscy nie zginą? Aż zostanie jeden władca tronu i stosy trupów, a wtedy Oni sprowadzą sobie nowe zabaweczki?  I tak bez końca? Po sam kres dni?

Nie! Nie mogło tak być. Musiał istnieć na Nich jakiś sposób.

- Wilson,  czy mógłbyś go tu ściągnąć? Albo jakoś się z nim porozumieć?

- Nie, nie potrafię. Ale czemu…?

- Może coś wie. Może dzięki temu dałoby się wyplątać cię z tego wszystkiego.

- Nie. Nie potrafię… Tylko widzę go, jeżeli się skupię.

- A co widzisz?

- Pada. Korzenie przewróconego świerku utworzyły coś w rodzaju płytkiej jamy, chroni się w niej przed deszczem. Jest chudy, bardzo brudny i wygląda na zmarzniętego. Jego noga krwawi, ma podarty garnitur. Chyba nie radzi sobie dobrze. Zbliża się zmierzch, a nie zebrał jeszcze opału.

Woodie ponownie spojrzał na Willow, która z ponurym wyrazem twarzy skinęła głową. Wyglądało na to, że ex demon nie przetrwa nocy.

Oboje nienawidzili Maxwella, za to, co im zrobił, ale zbyt rozumieli jego sytuację, aby mu nie współczuć. Poza tym od czasu, kiedy Wilson został uwięziony, nie mieli pewności czy to wszystko to naprawdę jego wina. Wątpili, aby ktokolwiek z nich zdołał się oprzeć wpływowi tronu.

Nieoczekiwanie Wes szturchnął Wilsona i coś zamigał.

„Skoro widzisz Maxwella, to czy możesz sprawdzić, co robi panna Winter? Wiesz, ta, o której wspominałeś?”

Drwal zamrugał. No tak, przecież prócz nich była tu jeszcze Wren… O ile jeszcze żyła.  Kompletnie o niej zapomniał.

Wilson zmarszczył brwi.

- Tak, widzę ją. Towarzyszy jej dziwaczny skrzyniostwór… Zdaje się, że przeprowadza jakiś rytuał? A może eksperyment? Nie jestem pewien…

***

Wren patrzyła płonącym wzrokiem na swoje dzieło. Potrójny, czarci krąg z trzech rodzajów grzybów oprószonych pyłem z trzech rodzajów kryształów. Wewnątrz magiczny krąg usypany ze soli, w którego wpisała trzy trójkąty ułożone z fioletowych, żółtych i przeźroczystych kryształów. Razem tworzyły dziewięcioramienną gwiazdę, w której centrum umieściła misę zawierającą rozpuszczone w koszmarnym paliwie widmowium oraz prowadzący do niej, prymitywny piorunochron zbudowany z przyklejonych do drewnianej listewki złotych drobin. Wszystkiego dopełniała rozpętująca się burza z piorunami. Jak w zegarku.

Oczywiście mogła przeprowadzić rytuał w trakcie pełni, polegając na energii księżyca zamiast na sile błyskawic, jednak tak się złożyło, że burza wyprzedziła cykl lunarny. Poza tym lubiła bezpośredniość i siłę piorunów.

Uśmiechając się złowieszczo, weszła do wnętrza magicznej pieczęci  i ostrożnie wsunęła palec w roztwór widmowium, dając znać Chester’owi, aby zrobił to samo. Stwór z niepewnym wyrazem pyska wykonał polecenie, zerkając na nią niespokojnie. Zresztą nie tylko on. Pan Skits również do nich dołączył.

Nagle poczuła na sobie Ich spojrzenia, a wraz z nimi Ich zaskoczenie i wściekłość. Uśmiechnęła się szerzej. Wiele mogli, ale nie byli wszechmocni. Nie potrafili kontrolować tutejszej pogody, nie kiedy ta już zaczęła się dziać, tak jak teraz. Zresztą sami na nasłali na nią tę burzę. Ironia w najczystszym wydaniu.

Usłyszała ujadanie psów, syk pająków, a nawet ryk nadchodzącego wielkimi krokami jeleniocyklopa. Jednak bestie były zbyt daleko, aby w czymkolwiek przeszkodzić.

Jej oczy błysnęły złowieszczo. Tyle razy Oni niszczyli jej obóz, nasyłali na nią psy i kiepską pogodę, naginając do granic wytrzymałości reguły, które sami ustanowili, ale mimo to pokonała Ich. Wygrała pierwszą rundę. Nie miała pojęcia, co kryje następna, ale póki co była zwyciężczynią.

Uderzył piorun, fala wielkiej mocy przeszyła świat.

***

Mxwell drżał jak w febrze. Sam nie wiedział czy to bardziej ze strachu przed mającą przynieść mu śmierć nocą czy też z zimna. Jak ostatni głupiec wszedł w gniazdo pająków, a jedna z kudłatych bestii poszarpała mu nogę. Praktycznie nie mógł chodzić, ledwo kuśtykał wspierając się o lasce z świerkowej gałęzi. W dodatku przemókł, przemarzł i był okropnie głodny. Je jadł od trzech dni, od czasu, kiedy nadział się na pająki, a i wcześniej przetrwanie niezbyt mu wychodziło.

To doprawdy żałosne. Jego… Ich marionetki marionetki nic nie wiedziały o tym świecie, a jakoś przetrwały, zaś on… On ten świat stworzył, znał jego wszystkie zagrożenia, a mimo to poległ. Nie spodziewał się, że może być aż tak słaby.

- Więc to tak wygląda koniec? Zginę z rąk własnego świata? Z rąk kobiety, którą w to wszystko wplątałem? Życie lubi ironię. Cóż, kłamstwem byłoby powiedzieć, że na to nie zasłużyłem, bo zasłużyłem. Zrobiłem wiele złego. Mam krew na rękach. W prawdzie nie działałem z własnej woli, ale wszystko, co się stało, to moja wina. Wina mojej głupoty, pragnienia poklasku i żądzy mocy. Nie dostrzegłem zagrożenia, chociaż miałem je tuż przed sobą, tylko wszedłem wprost w potrzask. Za głupotę trzeba płacić. Szczerze powiedziawszy wolałbym, żebym zapłacił tylko ja, a nie oni wszyscy. Nie ona. Wybacz mi Charl…

Nagle poczuł uderzającą w jego ciało falę wielkiej, bliżej nieokreślonej mocy. Świat zawirował, zlał się w jedną, wielobarwną plamę, a po chwili zniknął zostawiając po sobie jedynie czarną otchłań i uczucie spadania.

Nie trwało to jednak długo.

Krzycząc, boleśnie uderzył w twardą posadzkę. Przestraszony, poobijany i zupełnie nie rozumiejący, co się dzieje, z trudem wsparł się na rękach i rozejrzał dookoła.

Był znowu w grocie tronowej. Nie sam. Wokół wstawali z klęczek i rozglądali dookoła inni, wszystkie jego niegdysiejsze marionetki, a tuż przed nim, na przeklętym tronie siedział nie kto inny jak sam Willson Higgsbury. Drobny mężczyzna wlepiał w niego spojrzenie będące połączeniem nienawiści i całkowitego zaskoczenia. On… Oni wszyscy również nie mieli bladego pojęcia, co się dzieje.

No cóż, przynajmniej raz nie jestem jedynym niedoinformowanym.” Przeszło mu przez myśl, kiedy odruchowo odczołgiwał się od tronu. Może i ledwie parę sekund temu gotował się na śmierć, ale śmierć była niczym w porównaniu do tego, co mógł zrobić z człowiekiem ten przeklęty mebel. Wolał zginąć niż go dotknąć chociażby palcem.

- Wilson czy masz może coś wspólnego z tym wszystkim? – rozbrzmiał rzeczowy głos panny Wickerbottom, wlepiającej łagodne spojrzenie w drobnego mężczyznę.

Wilson nie zdążył dobrze otworzyć ust, kiedy grota zatrzęsła się, rzucając wszystkich na kolana.

Maxwell spojrzał w górę. Sklepienie… Sklepienie się otwarło, nie potrafił tego lepiej nazwać. Tam, gdzie jeszcze przed sekundą była lita skała widniał wielki biało-czarny wir wewnątrz, którego szalała przerażająca burza.

Zaraz, zaraz, przecież już raz widział coś podobnego. Czyżby…

Z wiru wystrzeliły błyskawice uderzając wprost w tron i Wilsona. Nastąpił oślepiający rozbłysk czarnego światła i potworny huk, a świat zatrząsł się w posadach.

Kiedy Maxwell ponownie otworzył oczy Wilson leżał obok niego. Chociaż wydawało się to wręcz nieprawdopodobne wyglądał na całego i zdrowego, może nieco oszołomionego. Za to tron… Tron wyparował, a na jego miejscu stał nie kto inny jak panna Wren Winter, która oczywiście nie omieszkała zabrać ze sobą Chestera. Wielki skrzyniostwór rozglądał się wokół podejrzliwie, od czasu do czasu powarkując ostrzegawczo.

Wren wydawała się bardziej zainteresowana swoją skurzoną suknią niż tym, co się dzieje dookoła. Wszyscy, nie wyłączając samego Maxwella, wlepiali w nią wyczekujące, pełne napięcia spojrzenia, podczas gdy ta cierpliwie i starannie otrzepywała ubranie. W końcu, kiedy raczyła się wyprostować, spojrzała wprost na powoli wstającego Wilsona i uniosła brwi.

- A myślałam, że to ja mam problem z włosami.

Willow parsknęła krótkim śmiechem.

Maxwell zmarszczył brwi. „Gdyby istniała jakaś nagroda za burzenie dramatycznego napięcia, ona by ją zdobyła. Ją i ze trzy wyróżnienia” .

- Młoda damo czy… – panna Wickerbottom ponownie spróbowała rozwiązać zagadkę „co tu się właściwie stało” i znów bez sukcesu. Tym razem przerwała jej wściekłość. ICH wściekłość.

Grota tronowa ponownie się zatrzęsła. I jeszcze raz, i kolejny, i znów. Za każdym razem mocniej, a każdemu wstrząsowi towarzyszyło nieludzkie wycie. Dźwięk był nie do wytrzymania. Wbijał się w uszy, mózg i samo jestestwo. Zlewał się z zapachem, a nozdrza odbierały go jako przeraźliwy, wykręcający trzewia smród.

Nagle wszystko ustało, a świat zalała ciemność.

***

Kiedy Maxwell otworzył oczy był ranek. Ciężkie, deszczowe chmury i chłodny wiatr zastąpiły jaskrawe słońce i wiejąca od morza, łagodna bryza. Wokół szczebiotały ptaki.

Zaskoczony powoli uniósł się na łokciach i usiadł. Po chwili zdał sobie sprawę, że jego rany zniknęły, a podarty garnitur na powrót jest suchy i cały.

Ostrożnie wstał i rozejrzał się dookoła.

Los czy raczej Oni rzucili go na szczyt pokrytego kwiecistą łąką, niewielkiego  wzniesienia. W oddali dostrzegł wysokie góry i lasy. Lasy pełne nie tylko świerków, ale również nieznanych mu, liściastych drzew.

On tego nie stworzył. Jego światy, te wszystkie niewielkie wysepki, były pozbawione rzeźby terenu, liściastych drzew i… Hałaśliwych, przypominających skrzyżowanie kota z szopem stworzeń? Jedno takie harcowało tuż obok, polując na oszalałego ze strachu, młodego króliczka.

Zdumiony spojrzał w dal. Ledwo sięgał wzrokiem zdającego się ciągnąć w nieskończoność wybrzeża, a horyzont nie wieńczyła linia wody, tylko ściany drzew, gór i trawiastych wzgórz. Wszystko to wydawało mu się jakieś-takie wielki, bezkresne i potężne.

- Czyżby kontynent? – zapytał sam siebie, a z głębi lądu dobiegł wrzask bliżej nieokreślonej bestii.

Dobrze, to mamy ostatnią cześć ostatniego rozdziału czegoś w rodzaju tomu pierwszego. Czyli przeskakujemy z podstawki DS do RoG :D

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki