FANDOM


Wren powoli podniosła się z piasku i rozejrzała dookoła. Plaża. Muszle. Palmy. Sceneria stanowczo uległa zmianie, a jej stanowczo się to nie podobało. Nie lubiła wysokich temperatur ani piasku. Piasku, który teraz miała dosłownie wszędzie. W butach, włosach i – co gorsza – w bieliźnie.

- Chester? – zawołała, na co jeden z krzaków zaczął się intensywnie trząść. Po chwili dołączył do niej jej kudłaty przyjaciel oraz nieodstępujący go pan Skits.

Odetchnęła. Przynajmniej oni się nie zgubili. Pytanie tylko co teraz? Trafiła na jakąś egzotyczną wyspę prawdopodobnie zawierającą egzotycznie jadowite pająki i węże, a jej talenty magiczne nadal były zablokowane. Jedyne, co mogła z całą pewnością powiedzieć, to to, że w oddali, w kierunku północno-wschodnim wyczuwała obecność wielkiego kontynentu, który z miejsca obrała jako cel podróży. Niestety miała paskudne przeczucie, że w tym celu będzie musiała szybko poznać techniki żeglarstwa. Jakoś wątpiła, że wyspa jest połączona z innymi robaczymi tunelami, a raczej nie mogła liczyć, że bliżej nieokreślony ktoś zbudował tu sieć promów.

Jak na złość nigdy nie pływała łodzią ani nawet kajakiem, a o ich budowie nie miała najmniejszego pojęcia. Co prawda znała podstawową teorię, ale bała się, że to może nie wystarczyć. Wszystko na złość.

W dodatku teraz, pozbawiona możliwości „zeskanowania” otoczenia musiała rozejrzeć się po wyspie w klasyczny sposób. Chodząc i oglądając.

- Dobrze, moi drodzy. Czas, żebyśmy zobaczyli, z czym mamy do czynienia. – Zerknęła niebo, na którym wisiało jaskrawe, poranne słońce. – Hmm… Musi być około dziewiątej rano. Słońce najwcześniej powinno zachodzić o szóstej, siódmej. Znaczy się mamy około dziewięciu godzin światła dziennego.

Dziewięć godzin na wędrówkę, a już po sześciu intensywnego marszu wzdłuż wybrzeża okazało się, że egzotyczna wyspa ma do zaoferowania o wiele mniej niż ta, na której poprzednio przyszło jej żyć. Była maleńka. Co więcej Wren w oddali zauważyła inną podobnych rozmiarów.

Archipelag. Archipelag drobnych wysepek, najprawdopodobniej wulkanicznych. To z kolei oznacza konieczność podróżowania między nimi, aby zebrać potrzebne surowce i wulkany. Jeden bądź kilka. Możliwe, że czynne.

- Życie mnie nienawidzi – stwierdziła i powoli ruszyła w głąb wyspy. Musiała zebrać chrust na opał, rozejrzeć się za jedzeniem, chociaż miała w Chesterze nieco zapasów i za materiałami do budowy tratwy.

Niemal od razu, jak tylko weszła w półmrok rozłożystych, przypominających akacje drzew, do jej uszu dotarł głośny krzyk. Ludzki krzyk.

- Życie naprawdę mnie nienawidzi – warknęła pod nosem i puściła się pędem w stronę wrzasku.

Źródłem krzyku okazała się jasnowłosa dziewczynka, na oko trzynasto, może czternasto letnia. Krzyczała nie bez powodu. Otóż otaczały ją węże. Przeciętnych rozmiarów, ale niezwykle agresywne, szybkie i niewykluczone, że jadowite. Znaczy się powód do krzyku był jak najbardziej uzasadniony.

Najlepszy do walki z rozjuszonymi gadami jest ogień, który łatwo potrafi skłonić je do kapitulacji i ucieczki. Niestety zrobienie pochodni czy tez rozpalenie ogniska zajęłoby zbyt wiele czasu. Dlatego też, nie mając większego wyboru, Wren dobyła procy. Wystrzelony z niej pocisk trafił jednego z węży, zabijając go na miejscu.

Część z gadów porzuciła dziewczynkę i popełzła w stronę Wren, gniewnie sycząc. Dziewczynka wykorzystała chwilową dezorganizacje w szeregach gadów i… Porwała z ziemi martwego węża, którego krwią natarła materiałowy kwiat. Po chwili w powietrzu zawisła jej srebrzysta kopia. Duch.

Wren, chociaż zdarzyło jej się bywać tu i ówdzie, czasem nawet poza granicami własnego świata, jeszcze nigdy nie miała do czynienia z  duchami, toteż zjawisko nieco ją zdziwiło. Jednak nie wybiło z rytmu. Metodycznie ładowała procę, celowała i zabijała węża po wężu. W między czasie duch, prawdopodobnie bliźniacza siostra dziewczynki, wyjąc przeciągle rozprawiała się z resztą gadów. Wkrótce niebezpieczeństwo zostało zażegnane, a na polu bitwy zostały tylko one dwie.

Wren przez dłuższą chwilę przyglądała się dziewczynce. Wiedziała, że odtąd będą podróżować razem. Nie była to dla niej dobra nowina. Dla dziewczynki owszem – dzięki niej zyskiwała dodatkową siłę bojową, ochronę i tak dalej. Wren teoretycznie też, problem w tym, że nie przepadała za ludźmi. A tu dostawała człowieka z bonusem. Duchem. Miała tylko nadzieję, że duch nie jest zbytnią paplą.

- Czy… Czy pani to Wren Winter? – zapytała dziewczynka.

- Owszem. Skąd znasz moje imię?

- Wilson kiedyś wspominał, że Maxwell mu o tobie wspominał.

- Ach tak. A ty to kto?

- Wendy. Wendy Carter.

- Twoim wujkiem jest może Wiliam Carter?

- Tak… A skąd pani wie? Zna go pani?

- Nie znam. Ale wiem różne rzeczy.

- Jakie?

- Różne.

Dziewczynka otwarła usta, ale po chwili je zamknęła. Najwyraźniej była na tyle inteligentna, żeby wiedzieć, że i tak nie otrzyma odpowiedzi.

- To pani zrobiła te błyskawice? I zniszczyła koszmarny tron?

- Tak.

- Jak?

- Jestem wiedźmą. Właściwe to bardziej alchemikiem niż wiedźmą, ale tak czy siak posiadam umiejętności czarodziejskie.

- Acha.

Kolejna chwila ciszy. Tym razem przerwała ją Wren.

- Jesteśmy na archipelagu niewielkich wysp wulkanicznych. Musimy zbudować tratwę bądź łódź, żeby się między nimi przemieszczać. Naszym celem, jak sadzę, powinien być kontynent. Wyczuwam go na północny wschód stąd. Przypuszczalnie tam, będziemy mogły zleźć jakieś wskazówki, jak wydostać się stąd. Niestety odległość jest spora, dlatego powinnyśmy zebrać sporo zapasów i zaopatrzyć się w solidny środek transportu, a to może zająć sporo czasu. Jednak im szybciej to zrobimy tym lepiej. Mogą tu być wulkany i nieznane nam niebezpieczeństwa. Jednak na razie to powinnyśmy zebrać chrust na opał i rozejrzeć za jedzeniem. Jakieś pytania, obiekcje?

Wendy patrzyła na nią przez dłuższy czas milcząc, w końcu potrząsnęła głową.

- Dobrze. To wolisz zająć się chrustem czy pożywieniem?

- Chrustem.

Wren skinęła głową i gwizdnęła. Z krzaków wyłonił się badający okolicę Chester. Na jej znak wypluł wiązkę liny, którą podała dziewczynie.

- Jak obwiążesz drewno będzie ci wygodnie.

Wendy odruchowo odebrała od kobiety linę, wlepiając zdziwione, pełne ciekawości, a zarazem lęku w Chestera, który spontanicznie zaczął pożerać jednego z martwych węży.

- Wujek Wilson ma podobnego… Ale bez oczu i z innymi zębami. I inaczej ubarwionego. Nazywa go Otto.

- Wujek Wilson?

- Jest tutaj. Był na koszmarnym tronie…

Wren uniosła brwi.

- Ma takie dziwne włosy.

A… Ten.

- Niech zgadnę. Stwór pana Wilsona jest brązowy, ma ceglastoczerwone łapki o okrągławe, ludzkie zęby.

- Tak.

- Chester tez tai był, ale zmieniła go uwalniając. Nie potrzebuje kościanego oka i jest całkowicie samodzielny. Towarzyszy mi tylko dlatego, bo tego chce.

- Acha.

- Spotykamy się tutaj za jakąś godzinę. Przynosisz chrust, ja jedzenie. Rozpalamy ognisko, zakładamy tymczasowy obóz, a od jutra szukamy materiału na tratwę.

- Obóz? Tutaj? Gdzie było tyle węży?

- Już ich nie ma. A wszystko inne, co potencjalnie groźne i wrogie pewnie zostało przez nie przepłoszone. Są drzew, wiec w razie deszczu będzie w miarę sucho no i mamy pod ręką materiał n a szałas. Morze jest oddalone, więc nas nie zaleje… Nie wiem jeszcze jak wyglądają tu pływy.

- Acha.

- Dobrze, to widzimy się za godzinę. Chester zostań. Będziesz punktem nawigacyjnym. Panie Skits, byłabym zobowiązana, gdyby miał pan oko na naszą młodą damę. Gdyby znów wpadła w jakieś kłopoty, prosiłabym o poinformowanie mnie.

Chester sapnął na zgodę i przysiadł, a pan Skits podbiegł do dziewczynki.

- Pan Skits? – zapytała dziewczynka.

- Tak-jakby żywy cień. Tylko ja go widzę, przynajmniej na razie.

- Żywy cień? Taki jak te cieniste koszmary, które…

- Podobny, ale nie ma złych zamiarów. Jest moim dobrym znajomym. Może nawet przyjacielem.

- Acha.

- To do zobaczenia za godzinę.

Wren odwróciła się i dziarskim krokiem ruszyła w gęstwinę. Nie obejrzała się ani razu na dziewczynę. Wiedziała, że nie zrobiła na niej najlepszego wrażenia, ale nie obchodziło jej to. Jeżeli Wendy stwierdzi, że nie chce mieć nic wspólnego z taką dziwaczką jak ona i nie wróci to tym lepiej. Póki obie będą dzielić te samą wyspę pan może ją pilnować za pośrednictwem pana Skitsa, a co potem to jej sprawa. Uszczęśliwianie kogoś na siłę nigdy nie przynosiło niczego dobrego, natomiast przemawianie innym do rozumu nigdy jej nie wychodziło. Niestety.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki