FANDOM


Wędrówka przeciąga się. Wioska rybo-ludzi naprawdę jest tak daleko czy to ja jestem tak powolna? Chyba to drugie… Nie nawykłam do długich marszy po kostki w błocie. Dzieciakowi, temu zdrowemu, błoto nie przeszkadza. Biega w te i we w te nie zapadając się w nim. Też bym tak chciała. A najbardziej to chciałabym być czysta. Mandragora odnowiła moje siły fizyczne, ale uczucie, że stałam się śmierdzącym domem dla miliardów bakterii i paru pełzających stworów pozostało. Przydałoby się jakieś czarodziejskie ziele dające efekt pralni i porządnego szorowania, eh…

Zaraz, a co to? Nabite na pale świńskie łby? Element dekoracyjny dopasowany do mojego wisielczego nastroju i warstw brudu… Swoją drogą chyba zbliżamy się do mermowej wioski. Wątpię, żeby okolicę przemierzały inne stwory, które mogłyby przytaszczyć tutaj świńskie czerepy.

- To już niedaleko? Znaczy do waszej wioski? – pytam siedzącego na Christabelli malca.

- Gharakak! – merm uśmiecha się szeroko. Wygląda na całkiem wesołego mimo złamanej nogi.

No cóż, to chyba znaczy „tak” mam nadzieję. Teraz tylko przejść kawałek, oddać dzieciarnię i nie dać się zabić… Co, jeżeli reszta mermów okaże się zgodna z opisem Wilsona, będzie trudne do wykonania – nie wyobrażam sobie siebie biegnącej w tym błocku.

A tak właściwie to gdzie się podział drugi dzieciak? Przecież przed chwilą tu był, wybiegł tylko trochę na przód. No nie widzę go. Chyba nie zgubił się właśnie teraz? Nie no, mam nadzieję, że to jakiś kiepski dowcip.

- Mały, jesteś tu?! Halo, mały, gdzie jesteś?! Wszystko dobrze?! Przestań się wygłupiać! Zaczynam się martwić!

Cisza. No naprawdę, co ten dzieciak wypra…

Ała! Coś ukuło mnie w kark!

Zabolało jak ukąszenie owada, ale to niestety nie owad, tylko niewielka, kolorowa strzałka, podobna do tych, które swego widziałam w muzeum etnologii.

Zatem to tak. Mimo wszystko zginę…

Zaczynam słabnąć… To się dzieje tak szybko. Tak… szybko.

- Nie daj mnie zabić – mówię do rannego malca. – Powiedz, że… Ja tylko pomagałam. Nie… Nie chcę niczego… Tylko puśćcie…

Przerywa mi nagły zawrót głowy. Czuję coraz większe mdłości. Nogi są jak z waty… Myśli… Nie mogę zebrać myśli… Ja…

Upadam, a świat pochłania ciemność.

***

Żyję. Jest ciepło, leżę na czymś miękkim, chociaż ciut wilgotnym. Zaczyna się dość obiecująco. Tylko, gdzie ja konkretnie jestem? Zaraz sprawdzimy… Nie, ała, nie. Używanie wewnętrznego widzenia nie jest najlepszym pomysłem. Jeszcze nie.  No cóż, trzeba będzie zrobić to klasycznie – otworzyć oczy, porozglądać się i mimowolnie zakomunikować swoim prześladowcom, że się obudziłam.

Dobrze, to co tutaj mamy? Niewielki pokój o kamiennych ścianach, sądząc po zgromadzonych w kącie bulwach i rozmaitych korzonkach piwniczka na żywność. Co dziwne, otwarta. Klapa, do której prowadzi chybotliwa drabina jest rozwarta na oścież, wpuszczając do środka snop mdłego światła. Co jeszcze dziwniejsze nie jestem skrępowana ani przykuta do ściany. Mało tego, ulokowano mnie na czymś w rodzaju prymitywnego materaca, obok zostawiono plecak z ekwipunkiem, włączając w to krzemienną siekierę. Muszę powiedzieć, że wygląda to całkiem optymistycznie…

Zaraz, zaraz… Czy mi się zdaje czy jestem czysta? Tak, jestem czysta. Wyszorowana. Moja suknia, pończochy, a nawet bielizna zostały wyprane. Nawet włosy mam umyte.

Chyba właśnie poznałam nową definicję mieszanych uczuć. Z jednej strony jestem WRESZCIE czysta, z drugiej co najmniej kilka rybopodobnych stworów rozebrało mnie do naga i obmacało.  Do tego świadomość, że rozpoczęłam znajomość z nie-ludzkim gatunkiem od pokazania mu swojej brudnej bielizny… No dobrze, od odprowadzenia dzieci i pokazania bielizny. Co prawda, sądząc po maluchach, mermy chodzą tak jak je matka natura stworzyła, ale nie jest to przyjemna myśl. Szczególnie dla mnie, kobiety z wyższych sfer, gdzie nawet plama na kołnierzyku potrafi zaowocować serią nieprzyjemnych komentarzy.

Dobrze, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmyślanie o swoich majtkach. Trzeba się przekonać, jakie dokładnie zamiary mają mermy. Mimo nieprzyjemnego zajścia z strzałką usypiającą nie zostałam zabita i nikt nie nadział mojej głowy na włócznię, za co jestem bardzo wdzięczna. Pytanie tylko „co teraz”? Będę musiała czym prędzej zniknąć z zasięgu wzroku tych istot czy mogę liczyć na jakąś formę wdzięczności za uratowanie malców? A może mermy coś knują? Trudno powiedzieć.

Wejście po chybotliwej drabinie nie jest rzeczą łatwą, ale w końcu udaje się. Niestety nie wychodzę na zewnątrz, tylko trafiam do kolejnej, podziemnej komory wypełnionej dziwnymi, świecącymi roślinami. Sklepienie porastają emitujące złoty blask krzaczkowate porosty, grunt świetliste jagody i połyskujące mchy. Są też meble. Wykonany z jasnego drewna stół, parę wygodnych krzeseł, wypełniona różnorakimi bibelotami komoda i stojak na różności. Jednak najważniejszy z tego wszystkiego jest bujany fotel, który dorosły merm, a obok śpi Christabella. Prawdopodobnie bardzo stary merm, sądząc po zmarszczkach, poszarzałej łusce i bielmie pokrywającym jedno z oczu. Widząc mnie obnaża zęby. Może być to uśmiech albo mało subtelna groźba.

Stwór wydaje z siebie serię gardłowych skrzeków. Z jednej strony są to dźwięki zupełnie mi obce, z drugiej doskonale rozumiem, co oznaczają. Nie powinnam, ale rozumiem.

- Witaj siostro z Ciemności.

- Witaj… Mermie.

- Merm, jakże to nieprzyjemnie brzmi. To nadana nam nazwa. My nazywamy siebie dago. A ja nazywam się… Właściwie nieważne. I tak nie zdołasz tego wypowiedzieć. Jestem szamanką i jedną z starszych naszego plemienia.

- Dlaczego cię rozumiem?

- Bo podobnie jak ty, jestem wiedźmą… Nie, nie wiedźmą, macie na nas inne określenie, prawda?

- Wiedźmami są wyłącznie kobiety zrodzone z jednej z Potęg, obarczone ich mocą i im pokrewne, którym magia przychodzi naturalnie i które do magii są przeznaczone. Czarownice i czarodzieje to noszący w sobie częściową moc jednej z Potęg lub kilku z nich, rzecz jasna niepełnych. Magia przychodzi im naturalnie, lecz muszą się do niej przebudzić. Magowie i Maginie znów nie mają naturalnych predyspozycji, ale mogą wyrobić w sobie zdolności magiczne. Jednak moc nie pochodzi od nich, ale z zewnątrz, dlatego zawsze potrzebują medium, aby jej używać. Rytuałów, różdżki, księgi, medalionu bądź berła.

Merm ponownie uśmiecha się.

- W takim razie, jestem czarownicą. Urodziłam się z mocą ziemi. Nie powiem, przydatne tutaj, na bagnach. Oczywiście przez te wszystkie lata nauczyłam się wielu innych sztuczek. Potrafię, jeżeli umysł jest odpowiednio osłabiony, wkraść się do niego. Oczywiście w twoim przypadku i tak było potrzebne zezwolenie, ale otrzymałam je.

Zezwolenie… No tak, podświadomość. Zawsze aktywna, kierująca sumieniem i prowadząca własny system sądów, drugie „ja”. Można być nieprzytomnym, mieć spętane moce, a ta i tak sporo wie, tyle, że rzadko się tym dzieli z świadomością. Wyczuła, że jaźń wchodząca do mojego umysłu należy do przyjaźnie nastawionej wiedźmy, więc otworzyła wszystkie drzwi. Zapewnie stwierdziła, że przez kimś takim, szczególnie mającym moje życie w swoich rękach, nie należy mieć tajemnic.

- Zatem wiesz o mnie wszystko. Ale jakim cudem cię rozumiem?

- Umysł, szczególnie podświadomość, bardzo chętnie przyjmuje nową wiedzę. Nauczyłam cię naszego języka.

- W kilka godzin? Przecież…

- Spałaś dwa dni.

Dwa dni?!  Ale…

- Zatruwamy nasze strzałki mieszaniną jadu tutejszych ropuch, soku brzozowych chrząszczy i krwi macek. Działa bardzo długo, ale nie wykazuje większych skutków ubocznych. Przynajmniej, jeżeli chodzi o stronę fizyczną. Co do reszty to czasem po przebudzeniu występuje kilkugodzinne „splątanie”, chociaż nie widzę go u ciebie.

- Nie potrafię korzystać z mocy. Chociaż zostałam spętana, zachowałam częściowe umiejętności, jednak teraz jestem zupełnie „ślepa”.

- Tak, trucizna może być powodem, ale to przejściowe, zapewniam cię.

To dobrze. Bez widzenia byłabym zupełnie nieporadna w tym przeklętym świecie.

- W każdym razie, dziękuje ci za zajęcie się mną. Tobie i innym.

- To my powinniśmy dziękować tobie. Nie dość, że uratowałaś młodszego z chłopców i odprowadziłaś ich, to dzięki tobie zdobyliśmy mandragorę. Od jakiegoś czasu wioskę nęka zaraza, a odwar z mandragory jest najskuteczniejszym remedium na nią. Zachorowali rodzice chłopców i wielu innych, głównie starszych. Chcieli ich uratować, ale gdyby byli sami, tylko pogrążyliby siebie. Dzięki tobie udało im się.

Czyli nie tylko dzieci, ale jakieś pół wioski pośrednio zawdzięcza mi życie. Czyżby nękający mnie pech w końcu się skończył? No cóż, nie liczę na to, nie na dłuższą metę, ale może uda mi się jakoś wykorzystać wdzięczność merów.

Szamanka uśmiecha się półgębkiem. Chyba wie, o czym myślę. Poprawka: na pewno wie. W końcu zajrzała do mojego umysłu. Jeżeli pozna się, nawet bardzo pobieżnie, czyjąś podświadomość, łatwo wnioskować o świadomości.

- Chcesz zapłaty.

- Tak. Wiedzy.

- Wiedzy?

- Odpowiedzi na jedno, krótkie i proste pytanie: co się tu dzieje, do jasnej cholery?

- Ach to… Oczywiście, powiem tyle ile mogę. Tyle ile zapamiętaliśmy. Niestety odpowiedzi na proste pytania zwykle są trudne i bardzo długie.

- Wiem o tym.

- Zatem usiądź. To będzie naprawdę długa opowieść.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki