FANDOM


Przystajemy przy niewielkiej, zielonej wysepce pośród mórz błocka. Wysepce solidnego, pokrytego trawą gruntu. Rośnie tu nawet parę drzew, a w pobliżu widać niewielkie, względnie czyste jezioro.

Zdejmuję ostrożnie rannego merma z grzbietu Christabelli, rozpalam ogień, myję się jak potrafię najlepiej, co nie jest proste, nieustannie odganiając ogromne komary… Nie chcę widzieć jak bardzo bolą ich ukąszenia.

 No dobrze, jestem względnie czysta, więc mogę opatrzyć malcowi nogę. Nastawianie kości, gdy jest się kompletnie wycieńczoną, to niezbyt dobry pomysł, ale nie mogę zostawić nogi merma w takim stanie. Znowu będę musiała używać wewnętrznego widzenia. Czuję, że jutro przyjdzie mi za to słono odpokutować.

Wyjmuję z plecaka pajęczy gruczoł pełen leczniczej mazi oraz zostawione w „spadku” po Higgsburym bandaże, po czym wołam drugie z dzieci:

- Znajdź mi z dwa, trzy patyki. Długie jak jego goleń, grubości co najmniej mojego palca wskazującego. Zrozumiałeś?

Stworek kiwa głową i niepewnie zerka na kolegę

- Nic mu nie zrobię. Nic złego w każdym razie. Chcę mu nastawić kość i wysmarować nogę pajęczą mazią. Powinna po…

Mały wskazuje na ognisko… Nie, nie na ognisko. Na popiół. Co…? Ach tak.

- Nie, samą. Użyłabym jej z popiołem gdyby miał jakieś rozcięcie, lała się krew. Na stłuczenie popiół nic nie pomoże, jedynie wypaskudzi mnie i jego. Idź lepiej po te kijki, bo jak mu nastawię nogę, to trzeba będzie ją czymś ustabilizować. No i lepiej, żeby cię tu nie było podczas nastawiania. To piekielnie bolesne, więc twój kolega będzie potwornie wrzeszczał. Nic przyjemnego.

Ranny stworek słysząc to blednie, a przynajmniej zmienia barwę z jasnozielonego na bladą zieleń wiosenną. Drugi podobnie, aczkolwiek nie w tak dużym stopniu.

- Przykro mi, ale wolę być szczera – zwracam się do rannego. – Nie mam zamiaru ryzykować, że któreś was pomyśli, że próbuję cię skrzywdzić i wgryzie mi się w kark. Z dobrych informacji, jeżeli wszystko pójdzie sprawnie, powinno zaboleć tylko chwilę.

Stworki patrzą na siebie niepewnie, aż w końcu ten zdrowy powoli  odchodzi poszukać wśród drzew zamówionych przeze mnie kijków.

Ech, no dobrze, zobaczmy, co tu mamy. Nie wygląda to dobrze. Noga malca ewidentnie jest złamana, a do tego jeszcze wykręcona. Złożenie kości będzie wymagało przeanalizowania kończyny, a niestety z zasobem energii, jaki mi pozostał, nie wiem na ile moje wewnętrzne widzenie podziała. Jak dobrze „zobaczę” kość, ścięgna i mięśnie. Zresztą przy taki złamaniu nie wiadomo czy noga odzyska sprawność, nawet jeżeli złożę ją prawidłowo. Pozostaje mieć nadzieję, że młody organizm jakoś się zregeneruje.

- Wiem, że to o wiele łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale spróbuj się nie ruszać, dobrze? Ani jak będę ci składać nogę, ani potem. Uwierz mi, nie chcesz przechodzić tego dwa razy, a i ja drugi raz nie dam rady cię poskładać. Przynamniej nie dzisiaj.

Kładę dłonie na kalekiej nodze, zamykam oczy i zbieram resztki pozostałych mi sił. Tak, widzę, kość… Nie wygląda aż tak źle. Jest przekręcona, ale sam przełam złamania jest dość prosty, żadnych odłamków ani zadziorów. Jeżeli się sprężę, powinno pójść szybko i bez większych problemów.

Dwa szarpnięcia, parę wrzasków i kość złożona. Otwieram oczy po to, żeby zobaczyć zapłakaną, zasmarkaną twarz rybostworka. Na Potęgi, cały świat wiruje, jakbym siedziała na karuzeli. To mój limit, jeżeli chodzi o używanie „nadnaturalnych” zdolności. Przegięłam. Chyba zaraz zwymiotuję… Naprawdę, nie powinnam jeść tego surowego węża, teraz mści się na mnie.

Z trudem powstrzymuję zawartość żołądka od wydostania się na świat i biorę głęboki wdech. Tak. Głęboki wdech i wydech, wdech i wydech. Zaraz powinno być lepiej. Tak, ostrość widzenia powraca… A z nim obraz bardzo nieszczęśliwej twarzyczki małego pacjenta. No tak, trzeba zakończyć sprawę z nogą.

- Możesz poruszać palcami u stóp?

Brzdąc niepewnie patrzy na swoją naprostowaną nogę i… Tak, obrzydliwe, spięte błoną pławną paluszki poruszają się. Całe szczęście.

- Dobrze… Znaczy, że wszystko zrobiłam tak jak powinnam. Chyba. Nie, przestań juz ruszać palcami. Generalnie staraj się jak najmniej ruszać nogą, póki twój kolega nie wróci. Na razie nasmaruję ci ją pajęczą mazią. Potem wsadzimy ci ją w łupki i powinno być już wszystko w porządku… Na tyle, na ile może być, mając złamaną nogę. Teraz najważniejsze żebyś się nie ruszał.

Dobrze, noga wysmarowana, teraz tylko trzeba poczekać na drugiego stwora. Swoją drogą, gdzie on poszedł? Nie słyszę go nigdzie w pobliżu. Jeżeli oddali się za bardzo, może znowu wpaść w kłopoty, a tym razem nie zdołam go ochronić.

Nadstawiam uszu. Bzyczenie owadów, rechoty żab, bulgotanie błocka, rozmaite szelesty… Nic nie brzmi jak humanoid, nawet taki mały, zielony, pokryty łuską. Zerkam na Christabellę, lecz ta jest spokojna, zarówno oko jak i ciało wydają się całkowicie odprężone. Również drugi merm nie wygląda na zbytnio zaniepokojonego nieobecnością kolegi. Jest obolały, zapłakany i wycieńczony, ale nie przestraszony.

Gdzie on jest! Minęło ponad pół godziny. Przecież wysłałam go tylko po gałęzie. Powinien już dawno…

A jest. No to wiem już, co go tak spowolniło. Prócz gałęzi niesie jeszcze parę niewielkich ryb oraz gruczoł pełen płynnej pajęczyny. Zdolny maluch, aczkolwiek wolałabym, żeby wrócił od razu. Oszczędziłoby mi to sporo nerwów.

Opatrzenie złamanej nogi nie zajmuje dużo czasu. Mam wprawę. Zwykle wojenna zawierucha omijała Zimowy Dwór, ale czasami zjawiali się ranni żołnierze i cywile. Wiadomość, że mam zostać lekarką szybko obiegła okolicę, a w takich czasach nawet mojemu, nieznoszącego gminu ojcu nie wypadało odmówić pomocy. Połamane nogi, łupki z byle czego, szyte zwykłymi nićmi rany, wszystko to przerobiłam. Problem w tym, że u siebie mogłam wpływać na zdrowie pacjentów dzięki magii, a tu pozostają mi jedynie nadzieja i wiara we własne umiejętności. Naprawdę nie wiem, co dalej czeka małego. Jednak sytuacja, chociaż koszmarna, ma też swoją dobrą stronę. Dzięki rybom przyniesionym przez zdrowego malca mamy solidną kolacje i niewykluczone, że też śniadanie. Pozostały mi wąż po podzieleniu na trzy osoby nie zaspokoiłby pustych żołądku, ale razem z rybami…

Cóż, trzeba oddać sprawiedliwości, że niemal wszystkie ryby zjadły dzieciaki, a resztę zostawiliśmy na śniadanie. Ja bez marudzenia zadowoliłam się wężem, po upieczeniu zaskakująco smacznym. Zresztą i z węża sporo zostało. No cóż, nawet jeżeli rodzinka mermów zdecyduje się nabić moją głowę na pal, to przynajmniej umrę z pełnym żołądkiem.

***

Tak jak przeczuwałam, nadmierne używanie mocy, mści się na mnie. Mam nieustającą migrenę i jestem potwornie słaba. Do tego należy dodać liczne siniaki, zadrapania oraz zakwasy. Coś jeszcze? Ach, no tak – jeszcze jakby tego wszystkiego było mało, mogę przez jaki czas zapomnieć o używaniu widzenia. Ech… No cóż, przynajmniej noc była spokojna, a śniadanie całkiem satysfakcjonujące. No i noga małego merma wygląda nienajgorzej. Tak jak spodziewałam się, opuchła i oblał ją siniec, jednak opuchlizna nie jest duża. Znaczy, że został poprawnie opatrzony. Sam malec sprawia wrażenie weselszego i mniej obolałego niż wczoraj. To znów znacznie poprawiło nastrój zdrowego malucha, który zaczyna dokazywać. Nie potrafię go upilnować. Odkąd wyruszyliśmy z naszego tymczasowego obozu, ten bez przerwy znika wśród bagiennych zarośli, biega dookoła, coś pokrzykuje. Naprawdę wolałabym, żeby szedł grzecznie przy nodze, ale nie mogę za wiele w tej sprawie zrobić. Mam wrzasnąć na niego? Raczej nie. Krzyczenie na dzieciaka może odbić się czkawką, jeżeli któryś z dorosłych mermów jest gdzieś w pobliżu. Wątpię, żeby opisanym przez Higgsbury’ego stworom spodobało się, że jakiś człowiek krzyczy na ich potomstwo. Druga rzecz, że krzyki na tych przeklętych bagnach mogą zwabić coś, co z chęcią odgryzłoby człowiekowi to i owo. No i nade wszystko maluch jest u siebie. Dzieciak zna te tereny i w przeciwieństwie do mnie, wie, co tu się kryje. Przypuszczam, że wici pradawnego i gigantyczne komary to tylko wierzchołek góry lodowej. Krzyczeć na niego to jak wrzeszczeć na wysoce wykwalifikowanego sapera, żeby nie wykopywał w lesie min, bo krzywdę sobie zrobi.

- Barawah! Urag, ugrag! Marahahug fryg fftgh! – maluch wbiega mi pod nogi gardłowo pokrzykując. Nie mam nawet czasu zapytać, o co mu chodzi, bo zaraz łapie mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą.

Ciekawe co też znowu wymyślił.

Powodem zainteresowania i ekscytacji merma okazuje się wystająca nad błoto kępa ciemnozielonych liści. Podłużnych, nieco karbowanych, bardzo silnie unerwionych. Liści mandragory.

Na Ziemi  mandragora to zwyczajna roślina lecznicza. Ma działanie rozkurczowe, przeciwbólowe i narkotyczne. Oczywiście, jak niemal każde zioło, w odpowiednich rękach ujawnia właściwości magiczne, ale te nie są jakieś nadzwyczajne. Żeby mandragora stała się naprawdę potężnym, czarodziejskim składnikiem, pierw trzeba przeprowadzić skomplikowany rytuał, a potem podlewać ją krwią morderców. Więcej z tego problemów niż pożytku. Niestety to na Ziemi. Tutaj, w tym przeklętym świecie mandragora może być niemal wszystkim.

- Dobrze, mandragora, widzę. Co teraz?

Maluch niemal siłą zdejmuje ze mnie plecak. Po chwili wyjmuje z niego krzemienny nóż o wyjątkowo cienkim ostrzu oraz kawałek pajęczego płótna. Z miną pełną napięcia i ekscytacji podchodzi do rośliny, chwyta mocno za liście i z całych sił ciągnie.

Potworny wrzask niemal rozrywa mi bębenki.

Nie wiem, czego oczekiwałam, ale na pewno nie częściowo humanoidalnej rzepy z twarzą. Roślina, czy cokolwiek to nie jest, zaraz po wyciągnięciu z ziemi zaczęła się  wić i krzyczeć jakby wrzucono ją do wrzątku.  Dopiero po chwili znieruchomiała.

- Niech zgadnę, światło słoneczne jest dla niej zabójcze.

Malec potakuje, nie patrząc na mnie. Jest zbyt zajęty rośliną. Delikatnie bierze ją w szponiaste palce i niezwykle ostrożnie odcina dwa, niewielkie, cienkie niemal jak papier plasterki. Jeden niemal z nabożnością podaje mnie, a drugi rannemu koledze. Dosiadający Christabelli malec niezwłocznie wkłada skrawek do ust i krzywiąc się niemiłosiernie, przełyka.

Oba mermy patrzą na mnie wyczekująco. Chyba też mam to zjeść.

- Mam szczerą nadzieję, że to nie jest trujące… Znaczy dla ludzi.

Połykam płatek mandragory. Ma smak jak żółć wątrobiana, a wiem jak ta smakuje. Świństwo.

Zaraz… Co do…

Ciepło w żołądku, potworne ciepło… Rozchodzi się po całym ciele. Razem z nim siła, ogromne pokłady werwy i energii. Wszystkie stłuczenia i zadrapania zaczynają mrowić.

Zdumiona patrzę na malucha, który naciera pajęczą tkaninę bagiennym błotem i niezwykle ostrożnie owija w nią resztę korzenia. W ciągu kilku sekund zmęczenie ostatnich dni zupełnie zniknęło, a wszelkie urazy zaczęły się goić ze zwielokrotnioną szybkością.

Zapamiętać: zawsze zbierać mandragory, ale przed wyrwaniem zatykać uszy – ten wrzask jest potworny.

Z chęcią przyjrzałabym się bliżej cudownej roślinie, ale niestety nie wygląda na to, żeby malec zamierzał wypuścić pakunek z rąk nawet na sekundę. Trzyma go przy piersi jak najcenniejszą rzecz na świecie, lewie znajduje czas, aby oddać mi nóż. Inna rzecz, że bez wewnętrznego widzenia obejrzenie korzenia niewiele by mi dało – o ile mandragora odnowiła moje siły fizyczne, to na wyczerpanie mentalne nie wiele pomogła.

Boże, jakie to irytujące! Gdyby nie te przeklęte pęta nie miałabym nawet połowy tych wszystkich kłopotów!

- No to co? Idziemy dalej?

Chłopiec potakuje i szybko rusza do przodu, dając znak, żebyśmy poszli za nim. Swoją drogą, idziemy już jakieś cztery godziny, a wioski mermów ani widu ani słychu. Jak daleko od domu polazły te Malce?

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki